poniedziałek, 27 grudnia 2010

Komu sensowniej, a komu powinno być głupio?

Jeśli sensem życia ludzi wierzących jest ich nadzieja, że po śmierci będą dalej żyć, to ich pojebało.
Sensem życia każdego człowieka na Ziemi czy ateisty czy nie jest ŻYĆ JAK NAJLEPIEJ DLA SIEBIE. Gdyby prawdą było, że chrześcijanie czy muzułmanie lub żydzi, żyją po to aby dostąpić życia wiecznego, to nie robiliby bezeceństw w imię bogów w których wierzą.

Ateista żyje i wie, że żyje TU I TERAZ. Sensem jego życia jest dążenie do spełnienia jego zamierzeń, wychowania dzieci, dorobienia się czegoś materialnego, dążenie do wygodnego życia, spokoju i stabilizacji.

Czy jakiś katolik lub żyd albo muzułmanin ma inne cele w swoim życiu?
Odpowiem za Ciebie.
NIE!
Ma dokładnie takie same cele w życiu i sensem życia jest dla tych ludzi to samo co dla ateistów.

Konkluzja?
Na chuj nam jakiś bóg skoro na Ziemi go nie ma? Żyjemy i mamy to na co zasługujemy albo to co źli ludzie pozwolili nam mieć, bo resztę zatrzymują dla siebie. I w większości tacy ludzie nie są ateistami...

niedziela, 26 grudnia 2010

Apokalipsa 2012.?....

Dyskutowałem dzisiaj z kolegą, który stwierdził, że Apokalipsa roku 2012 objawi się gigantycznym kryzysem finansowym i ogromnym wzrostem cen ropy naftowej, które dosłownie uziemią globalną społeczność przykuwając ją do ich siedlisk. Wówczas pojawi się całkowita kontrola władzy nad obywatelami i pozostaną jedynie podsłuchiwane telefony i podsłuchiwany Internet.

Rzeczywiście wizja bardzo depresyjna. Nie zgadzam się z nią i przyszłość widzę inaczej.
Wiadomo mnie i wielu innym, że kryzysy finansowe wywołuje się sztucznie w celu nabicia kiesy bankierom i wielkim korporacjom. Na wielkim kryzysie traci middle class i biedota, a akcjonariusze banków i wielkich korporacji bogacą się niepomiernie.

Ropą będzie się spekulować z krajów arabskich w porozumieniu z USA i robić sztuczne kryzysy paliwowe aby zarobić na tym ile się da.

Zawiodłem się na Obamie bowiem, głosując na niego, miałem nadzieję, że nie będzie on typowym "oreo". Niestety okazał się dobrze pasującą częścią do machiny białego waszyngtońskiego establishmentu.
W sumie powinienem się tego spodziewać, bo przecież neokonserwatyści, od co najmniej 10 lat, opanowali Waszyngton i to oni dyktowali i nadal dyktują kurs polityki USA. Stąd przedłużająca się wojna w Iraku, której USA celowo nie chce zbyt szybko wygrać.
Mimo to przypuszczam, że najbliższym czasie w USA nie nastąpi nic szczególnego. Nie będzie gorzej niż zaraz po 9/11 kiedy to wszelkie gwarancje konstytucyjne praw obywatelskich zostały właściwie zawieszone. Zwykły obywatel, taki jak ja i inni, nie odczuliśmy tego specjalnie. Życie toczyło się normalnie.

Jedynie poza oczami obywateli USA Bush i Cheney kradli ropę w Iraku i wywozili całe miliardy baryłek przy pomocy tzw. private contractors.
Ale dostawy ropy do USA nigdy nie zostaną przerwane, a decydenci nie pozwolą ropie zdrożeć tak aby przeciętny obywatel USA nie był w stanie napełnić baku swojego samochodu by mógł jechać na wakacje czy do pracy albo kupić bilet na samolot by polecieć z LA do NYC.

Dzisiaj wstrząsy nie są dobre dla administracji w Waszyngtonie, a tym bardziej dla US Congress.
Jeśli coś w rodzaju wizji mojego kolegi, roku 2012 dotknie kogokolwiek to Europę, która jest dużo bardziej sztywna i zbiurokratyzowana.
Amerykanie nie pozwolą sobie na to.
Dowodów na to jest wiele, a i trzeba znać Amerykanów tzw. everage Joe aby wiedzieć, że są pewne granice, których żaden rząd USA nie może przekroczyć. Amerykanie są uczuleni na ograniczanie im praw obywatelskich bez wyraźnego powodu.
Przekonał się o tym prezydent Johnson i prezydent Nixon.

Z drugiej strony nie można zapomnieć o roli Chin na rynkach finansowych i ich zależność od USA bez względu na to, że to Chińczycy posiadają największe rezerwy dolara na świecie poza USA.
Paradoksalnie, nie są w stanie z nimi nic zrobić, bo USA są im potrzebne jak woda rybie.

Wracając do praw obywatelskich. Oczywiście, że każdy rząd zawsze chce je ograniczyć aby mieć najlepszą kontrolę nad tym co się w państwie dzieje, ale znowu...w USA to ot tak sobie nie przejdzie, ale pewnie przejdzie w Europie.
Ograniczenie praw obywatelskich w USA może być jedynie możliwe wtedy kiedy zaistnieje tzw. "clear and present danger." Cos na kształt DEFCON 1, który może być oczywiście sprokurowany od wewnątrz. Coś na kształt tego z "Wag the dog." Ale to także może być trudniejsze do wykonania niż się wydaje. Po kompormitacji irackiej w ONZ i ujawnieniu kłamstw administracji Busha opinia publiczna jest wyczulona na wszelkiego rodzaju "oczywistości" Waszyngtonu.

Mimo to wszystko jest możliwe w świecie globalizacji, który paradoksalnie staje się bardziej podzielony niż był przed jej ogłoszeniem. Jednak wojna z obywatelami nie wydaje się być najlepszym wyjściem dla klasy rządzącej. Osłabienie klasy średniej która jest kręgosłupem sukcesu USA byłoby dla Waszyngtonu i banków samobójstwem.

piątek, 24 grudnia 2010

Nawet...

Nawet jeśli nie chcę, to i tak święta atakują mnie ze wszystkich stron. A właściwie atmosfera świąt (celowo z małej litery), której wcale nie chcę. Już wystarczy tego wszystkiego. Pewnie, to zostaje w człowieku, bo przecież wlewano ją we mnie od pierwszych dni mego życia, a urodziłem się miesiąc przez świętami.

Wczoraj był u mnie Łukasz. Chciał koniecznie porozmawiać. Znam go osobiście od roku. Ten 21 letni, bardzo wrażliwy chłopak, ma czasami tak smutne oczy, że płakać się chce.
Rozmawialiśmy szczerze i powiedział mi, że jest mu ciężko, bo nie ma ojca, nie ma takiego męskiego wsparcia, którego mu bardzo czasami brakuje, a kiedy ze mną rozmawia, to czuje się tak dobrze i spokojnie.
Powiedziałem mu, że go kocham i uważam za swojego przyjaciela. Powiedziałem mu także, że jeśli chce to może do mnie przychodzić kiedy chce, jak do ojca. Będę zawsze służył mu radą i pomocą duchową, bo finansowo biednym jak mysz kościelna.

Ucieszył się kiedy po wysłuchaniu jego historii o nim i jego dziewczynie z którą jest od 9 miesięcy, powiedziałem mu aby się nie obawiał, że go opuści. Łukasz nie chce być znowu odrzucony. W końcu jego ojciec odszedł od niego i reszty rodziny, a był człowiekiem zimnym i strasznym dla Łukasza.

Tak, kocham Łukasza i chcę aby był szczęśliwy z Agnieszką. Chcę także aby spełnił swoje marzenie i został aktorem. Pomogę mu na tyle na ile potrafię i będę mu okazywał ciepło, miłość i troskę. Cieszę się, że będę mógł to zrobić dla niego.

środa, 22 grudnia 2010

Dzień w którym...

No właśnie. Ten feralny Dzień który, jak mówią słowa piosenki, "się pamięta od kołyski." I to jest cholerna prawda, że się pamięta. Ja, od kilkudziesięciu lat, a co najmniej od 25, staram się zapomnieć o tym dniu i kilku innych mu towarzyszących.

Od dziecka wbijano mi do głowy, że to specjalny dzień z powodu narodzin "Boga żywego" o imieniu Jezus. Oczywiście uwierzyłem, no bo jeśli ma się dwa lata i wierzy się w św. Mikołaja, to dlaczego ma się nie wierzyć w Jezusika i Stajenkę?
I może wszystko nie byłoby takie pojebane, gdyby od dziecka nie robiono nam wody z mózgu, wmawiając nam, że Jezusik był Polakiem. No tak. Tak nam wmawiali.
A zaczęło się od jasełek i kolęd. Jako szczenię lat 5, 6 i 7, a nawet 8 byłem wleczony razy kilka na "Jasełka". Przedstawienie było dla mnie, jak zawsze, misterium czarodziejskim toteż z całkowitym namaszczeniem przyjmowałem każde słowo wypowiedziane ze sceny.
A z tej sceny leciały teksty z ust górali, że idą do stajenki, że niosą mu jakieś prezenty. Swoim małym mózgiem kilkulatka nie mogłem pojąć jak to można było iść w zaśnieżoną zimę z owcami do jakiejś stajenki? Jak daleko ona była?
A co gorsza wyglądało na to, że Jezus jest góralem i do tego Betlejem jest w Polsce. Miałem całkowity mętlik w głowie, ale nie zdradziłem się z nim do nikogo. Nawet do babci.
Taki melanż bzdur nosiłem w swojej łepetynie przez dobrych kilka lat. Chyba jakoś tak w wieku 10 lat zdałem sobie sprawę, że ten cały św. Mikołaj to bzdura. Mój stryj, będący wówczas 18 latkiem z mózgiem orangutana, uświadomił nam, siostrze i mnie, że św. Mikołaj to bzdura. Nie przypominam sobie abyśmy przeżyli jakąś traumę z tego powodu. Przypominam sobie natomiast, że wówczas zacząłem myśleć logicznie. No bo skoro św. Mikołaj to bzdura, dlaczego opowieść o Jezusiku-Polaku, któremu górale niosą prezenty i prowadzą do niego owce, maiłaby być prawdą?
I tak po nitce do kłębka doszedłem do sedna bajki.
W wieku 13/14 lat zacząłem sobie zadawać niewygodne pytania, których w wieku 8 lat nie mogłem zadać bojąc się ognia piekielnego, którym straszył nas klecha uczący religii przed przystąpieniem do Pierwszej Komunii. Ale już mając lat 14 zdałem sobie sprawę, że ta cała historyjka o Jezusie, Maryi i reszcie, jest stworzona po to aby nas ogłupiać. I od tamtego czasu odwróciłem się dupą od kleru i kościoła. I tak mi do dzisiaj zostało.

Dzień, który pamięta się od kołyski stał się bardziej ludzki. Wskazujący na słabość ludzkiego rodu, który dał się nabrać na bajeczkę i zaakceptował ją bezkrytycznie podnosząc ją do rangi najprawdziwszej prawdy, za którą warto umrzeć. Co czyniono z chęcią od wielu stuleci i nadal się tak czyni, chociaż tym razem wzywając imię innego bożka będącego bliskim krewnym Jezuska i reszty.
Dzień ten do dawna śmierdział mi fałszem.
Fałszem zakładania maski w sposób tak jawny i niezgrabny, że skręcić to może każdego sensownego człowieka od środka do zewnątrz.

Bo oto rodzina drąca ze sobą koty 364 dni w roku, tego dnia udaje, że się kocha i siada do wieczerzy życząc sobie, nieprawdziwie, tego czego nie życzy sobie przez resztę roku. Daje sobie jakieś prezenty aby na drugi dzień znów, po staremu, zacząć drzeć ze sobą koty kłócąc się o byle co.
Nie twierdzę, że jest tak w każdej rodzinie, ale z mojego życiowego doświadczenia wynika, że tak się dzieje w większości rodzin. W mojej także się tak działo. Ale już się nie dzieje, bo w sumie, prawie wszyscy, którzy za mojego dzieciństwa byli esencją Świąt i je tworzyli, a więc babcia, dziadek, ojciec, już nie żyją. Nie mam więc rodziny sensu stricto. Sam swojej też nie mam, bo homoseksualiści rodzin zwykle nie mają. Ale jest jakiś jej szczątek w postaci mojej 81 letniej matki i siostry bliźniaczki. Z tym, że to jest bardziej jakiś luźny twór przypominający sobie dwa razy do roku, że istniejemy i łączą nas jakieś więzy krwi.
I dobrze. W końcu każdy z nas ma swoje własne życie. A ja na dodatek, odszczepieniec i homoseksualista. Tolerowany, ale nigdy nie zaakceptowany prze resztę bliższej i dalszej rodziny. Moją rodziną jest od półtora roku mój ukochany partner Mateusza, młodszy ode mnie o 39 lat, którego rodzina traktuje tak samo jak mnie traktuje moja.
Nie rozpaczamy nad swoim losem. Mamy siebie i świat nas może pocałować w dupę.
Tak naprawdę gdzieś mam te wszystkie pozory, które od wieków wbudowano w świadomość szarych i mniej szarych ludzi, którzy dostają amoku na miesiąc przed zbliżającą się datą przesilenia zimowego.

Może mój Mateusz, ma przecież 20 lat, nosi w pamięci swoje wspomnienia tych dni, które były dla Niego bardziej lub mniej magiczne i wspomina je z jakimś sentymentem?
Ja, szczerze powiedziawszy z rozrzewnieniem wspominam tamte czasy kiedy jako mały szkrab doświadczałem gwałtu intelektualnego na mojej małej osobie będąc znieczulany łakociami, tonami zabawek, potem książek i innych anestetyków tak abym zapomniał o tym, że bujda jest bujdą, a biorący w niej udział ludzie, mają nasrane w głowach.

I co teraz? Tak, idziemy z Mateuszem na Wigilię do mojej siostry. Matki nie będzie. Nie może się pogodzić z tym, że Mateusz i ja jesteśmy razem. Ale to jej problem.
Oczywiście robię to tylko dla swojej siostry i może po trosze dla Mateusza, chociaż wiem, że On kocha mnie bezgranicznie, bezkrytycznie i zrobi wszystko to co ja mu powiem. No więc idziemy do mojej Siostry, bo jej jakoś ten zwyczaj pozostał w głowie i wyjść z niej nie może inaczej jak tylko w postaci wszelkiej maści dań i potraw, które przygotowuje siedząc godzinami w kuchni.
Może to u niej jest sposób na odreagowanie tego co naprawdę o tym myśli i zgodnie z zasadą "if you build it they will come" wierzy, że coś jeszcze ma szansę wrócić. Coś z tamtych lat dziecinnej wiary w bezinteresowne dobro.
Ja już nie wierzę i widzę, że mój ukochany Mateusz także zaczyna egzaminować ten Dzień i następne jemu towarzyszące.
Innymi słowy...nie lubimy tych dni, a z rodziną najlepiej wychodzi się na zdjęciu. I to też nie zawsze.

I nie plećmy o jakimś szacunku, który ma się wziąć tylko z faktu, że tak ma być.
Nie. Tak nigdy już nie będzie odkąd zrozumiałem, że na szacunek trzeba sobie zasłużyć, a życie rodzinne nie jest i nigdy nie będzie dla mnie ani dyplomacją ani ćwiczeniem na udawanie amnezji. Bo albo jest miłość, albo dyplomacja. Te dwie sprawy wykluczają się bezwzględnie. Ponieważ nie byłem, nie jestem i nie chcę być dyplomatą "ten Dzień" wali mnie dokumentnie. Czego i Wam serdecznie życzę.

O jak...No jak?

Wokół słyszę, że pięknie i wspaniale. Słyszę także, że do ch.... niepodobne.
No to w końcu jak?
O co mi chodzi?
O Polskę. O tym jak ludzie postrzegają zaistniałe zmiany.
Dla mnie Polska jest republiką bananową. Dla innych jest krajem miodem i mlekiem płynącym. No bo Polacy za najważniejsze zawsze uważali żarcie i wódę. Ci co mają tego pod dostatkiem i stać ich jeszcze na furę i komórę, będą się zachłystywać zmianami na lepsze.
Żarcie i wóda. To fundament egzystencji prawie każdego Polaka. Intelekt nie jest istotny. Kultura także nie. Byle była w miarę tania wóda i do niej tania zagrycha, władza może spać spokojnie. Rewolucji nie będzie.

wtorek, 21 grudnia 2010

O come ye o faithful...

Czyżby stał się cud? A może to zbrodnia? Nikt tego nie wie? Prezes oznajmił, że nie poznał zwłok swojego brata kiedy je oglądał w Polsce podczas przenosin do polskiej trumny. Tuż przed pogrzebem. A więc co? Ruskie podmieniły zwłoki zmarłego prezydenta? Tylko po co? Mauzoleum mu stawiać nie będą. Jedno już mają i z nim się męczą, to po co im drugie. Z logicznego punktu widzenia Rosjanie nie mieli żadnych powodów aby zabić Lecha Kaczyńskiego, a tym bardziej podmienić jego zwłok.
O co więc chodzi?
Moim zdaniem Jarosław Kaczyński stracił już dawno poczucie rzeczywistości oraz osiągnął poziom szaleństwa tak wysoki, że może nawet zacząć nam wciskać iż Lech Kaczyński był drugim wcieleniem Jezusa. Wszystko jest możliwe. A otaczająca go zgraja hien ze Zbysią Ziobrówną na czele czeka aż się biedak wykrwawi mentalnie i zrobi przewrót pałacowy aby przejąć władzę. Czekam na ten dzień z niecierpliwością, bo wówczas zacznie się cyrk większy niż ktokolwiek jest w stanie przewidzieć.

niedziela, 19 grudnia 2010

A miało być tak cudnie.

Uważam, że brak jakichkolwiek sygnałów od RP do społeczeństwa via media nie wyjdzie mu na dobre. Odłam PiS, PJN, działa w mediach i nakręca sobie popularność. Ruch Poparcia zajmuje się sobą i tylko sobą. A to za mało aby dotrzeć do świadomości społeczeństwa i zapaść w jego pamięć jako nowa, świeża i zdrowa siła polityczna. Dużo za mało aby przeciętny wyborca zapamiętał główne punkty programu RP i aby zaufał, że będą one realizowane.
Zaczyna mi to trochę przypominać organizowanie lotu bez samolotu. I uważam to za bardzo zły objaw. Jeśli chce się zaistnieć, to należy zacząć istnieć jednocześnie na wszystkich frontach. Nie podoba mi się babranina organizacyjna i przepychanki przy stołkach do przyszłych stanowisk partyjnych. Nie znoszę biurokratycznej babraniny, która przesłania prawdziwy cel.
Coraz bardziej zaczynam się zgadzać z przeciwnikami RP, że jest ...to organizacja, która zawali się pod własnym ciężarem. Jak na razie ZAWIODŁEM SIĘ NA RP.

sobota, 18 grudnia 2010

Co jest korzystne?

Szlag mnie trafia kiedy będąc zmuszany do oglądania reklam w telewizji słyszę pokraczną wymowę obcych słów przez polskich lektorów. Sam jestem lektorem i nie umiem sobie wyjaśnić dlaczego producenci reklam nie dbają o wierność wymowy? Szczególnie słów angielskich.
Ostatnim "kwiatkiem" jest reklama "liZingu." Gdybym usłyszał samo słowo, bez konteksty, to nie miałbym pojęcia, że chodzi o angielski czasownik
"to lease", czyli wypożyczać, wynajmować. Słowo wymawia się tak jak po polsku mówi się o dzikim zwierzaku z rudym ogonem, albo o największym narcyzie polskiego dziennikarstwa, a więc.. LIS. Skąd oni wzięli ten "liZing", za cholerę nie mogę sobie uzmysłowić?

Z innej beczki. Czekam na wiadomość od Tomka Raczka czy zechce opublikować dwie powieści Marka Kendricka, które właśnie tłumaczę na język polski. Mam nadzieję, że zechce. Są to znakomite powieści dla młodzieży typu coming out. A więc o dwóch młodych gejach w USA, którzy borykają się ze swoją miłością i otoczeniem.

piątek, 17 grudnia 2010

I znowu o trupach...

Jak nie kwiecień w Smoleńsku 2010, to Stan Wojenny Jaruzelskiego, a jak nie Stan Wojenny, to Grudzień 1970 roku, a jak nie to, to może Poznań 1956, a jeśli nie to, to może Marzec 1968, a jeśli nie to, to co?
Kurwa!
Bo jak zabraknie tych "rocznic", a ostatnio już nawet "miesięcznic", to nas chyba wszystkich w tej Polsce rozjebie.
No bo nad czyimi trupami będziemy ronić łzy? No nie, pozostanie jeszcze odkurzanie trupów z Katynia. Jest ich kilka tysięcy. Jeden trup dziennie i mamy zapewnioną zabawę w stylu balu nekrofilów, na dobrych kilkanaście lat.
Z jednym wyjątkiem; trupy pozostawione na polskiej ziemi przez niemieckich nazistów już jakoś nas nie za bardzo interesują. Jakoś już niezbyt często zajmujemy się odkurzaniem szkieletów z Auschwitz-Birkenau, Treblinki czy Sobiboru, o Schtuthof nie wspomnę.

Rozgrzebywanie grobów i życie przeszłością jest smutną, ale najważniejszą cechą Polaków. No bo bez tego nie ma Polski. Każde przegrane powstanie, a przegraliśmy wszystkie, staje się powodem do dumy. Zburzenie Warszawy i posłanie na śmierć przyszłości Narodu, młodzieży warszawskiej i 250 tysięcy niczemu winnych cywili, jest powodem do dumy narodowej.
Przerąbane Powstanie Styczniowe, a wcześniej Listopadowe, danie dupy Napoleonowi, a przy tym rozwalenie wszystkiego co się dało, a w szczególności dziesiątkowanie formującej się klasy inteligenckiej jest w Polsce powodem do dumy.

Ja nie widzę żadnego powodu do dumy. Uważam, że raczej powinien być to powód do wstydu i mówić o tym z dumą się nie powinno, a tym bardziej stawiać pomniki "bohaterom" przegranych powstań.
Bo bohaterem jest ten kto wygrywa. Ten kto powstał bez szans i przegrał jest zwyczajnym durniem bez wyobraźni.

Mamy więc w Polsce sporo powodów aby milczeć o trupach, a tu na odwrót. Każą nam się podniecać szkieletami i powiewać flagami nad grobami przegranych.
Mnie się niczym powiewać nie chce.
Mnie się słyszeć o nich nie chce. Pamiętać mogę, ale w odpowiednim kontekście i z obiektywnym spojrzeniem na ówczesną rzeczywistość.
I nie mam zamiaru wspominać Grudnia 1970 roku, który przeżyłem mając 19 lat, nie mam ochoty wypinać piersi i mówić, że brałem udział w demonstracjach w Marcu 1968 mając lat 17. I nie mam ochoty składać pokłonów tym, którym dano w dupę za ich głupotę w Sierpniu 1944 roku.

Patriotyzm to, moim zdaniem, KRYTYCZNE I OBIEKTYWNE spojrzenie na przeszłość ojczyzny. Bo na błędach należy się uczyć. Twierdzenie, że śmierć jest bohaterstwem to kosmiczna głupota, bo umrzeć to nie żadna sztuka. Zatracenie instynktu samozachowawczego to choroba, która trawi wielu Polaków.
Umieć żyć tak aby nie dać się zajebać, to dopiero sztuka.

Nie będę ukrywał więc, że nie żywię wielkiego szacunku dla tych, którzy dali się zabić we wszelkiego rodzaju narodowych zadymach. I nie żywię żadnego szacunku dla tych, którzy dzisiaj robią wszystko aby zafałszować prawdę o narodowych zadymach budując spiżowe wizerunki tym, o których często powinno się mówić z pogardą. Albo po prostu milczeć.

czwartek, 16 grudnia 2010

Szlag mnie trafia.

Polskie Taliby, czyli innymi słowy kler/czarna mafia, zaczynają zabawę w "leczenie" niepłodności w niezwykle adekwatnym do tego celu miejscu, a mianowicie w... LICHENIU! Medycyna się temu sprzeciwia, bowiem metody leczenia są typową szarlatanerią. Każda wizyta kosztuje 100 zł. "Leczenie" może trwać od kilku miesięcy do...kilku lat. Podobno chętnych idiotów nie brakuje. Pchają się drzwiami i oknami.
Stwierdzam z żalem, że Polska właśnie zaczyna zrównywać się z Talibami, a prześcignęła już Iran.
Szlag mnie trafia!

Inna sprawa, to nowe ulgi dla uczącej się młodzieży. Gajowy Marucha z Pałacu na Krakowskim Przedmieściu wymyślił sobie, że Polska jest tak bogata, iż może sobie zafundować podarunek w postaci zniżek na kolej i komunikację autobusową w wysokości 51% dla uczącej się młodzieży.
Kiedy Chile walczyło z kryzysem ekonomicznym zniesiono tam wszelkie zniżki i przywileje dla wszystkich. Polska kolej i polska komunikacja autobusowa jedzie na deficycie, a Komorowski robi prezenty, które wpędzą kolej w jeszcze większe tarapaty.
Głupota polskich polityków nie zna granic.
Szlag mnie trafia.

środa, 15 grudnia 2010

Kubeł zimnej wody.

Po 16 dniach walki z TP SA naprawiono mi Neostradę i nawet będzie działać Wideostrada jak tylko cieć podłączy nasze mieszkanie do anteny. Niestety cieć w naszym bloku ma charakter ubeka/zomowca i trudno jest się z nim dogadać, ale może się uda. A jak nie to sam jakoś otworzę skrzynkę i podłączę się sam.
Najważniejsze, że działa nam Internet, bo inaczej musielibyśmy korzystać z mobilnego Astera. Bardzo jednak zależy mi na satelicie, bo stęskniłem się za CNN i BBC. I tutaj znowu wracam do tego czego w Polsce nie da się ominąć...

Polska polityka, jak zwykle, jest o zapachu kloaki w zabitej dechami wiosce bez kanalizacji i bieżącej wody. Bo oto prezydent RP Bronisław Komorowski, powiedział dzisiaj podczas "opłatka" w Sejmie, że "Polskę chroni stajenka betlejemska"...
No rzesz w mordę jeża! Aż mnie zatkało kiedy usłyszałem ten bełkot. Do dzisiaj nie chce mi się wierzyć, że Polska cofnęła się aż tak bardzo i stała się pośmiewiskiem cywilizowanego świata. Całkowity brak zrozumienia zasad działania polityki zagranicznej i dyplomacji, całkowita inepcja w administrowaniu państwem.
Przecież nie można nie zapominać o paru sprawach...

Niech mi ktoś powie czy zgodzi się lub nie ze stwierdzeniem, że naziści i Niemcy zrobili więcej krzywdy i szkód Polsce niż Sowieci? I trudno nie zauważyć, że umieliśmy dogadać się z Niemcami, pomimo tych wszystkich krzywd i zbrodni jakie nam wyrządzili. Niemcy inwestują w Polsce grube pieniądze.

Słyszymy też od dawna z ust każdego polityka, że Polsce potrzebna jest "pomoc." Nawet boska, bo właściwie w Polsce oddano władzę w ręce kleru i każdy polityk, który chce zaistnieć musi zasuwać całować łapy biskupie w Częstochowie.
I niech mi ktoś powie co Polsce dały te wszystkie modły na Jasnej Górze?
Czy nie jest to śmieszne aby polegać na możliwości pomocy ze strony, która nigdy nikomu w niczym nie pomogła?

Politycy zapominają, że państwa to nie ic prywatne folwarki, a narody to nie osoby prywatne. Państwa zawsze robią to co uważają, że jest dla nich najlepsze. Nie biorą pod uwagę "dobra" innego państwa. Państwa nie znają także pojęcia słowa "honor" i nie zastanawiają się nad tym czy złamać układy międzynarodowe i umowy kiedy uznają, że to im się opłaca.

Przypomnijmy sobie czy podczas Rozbiorów Polska szukała jakiejś zewnętrznej "pomocy"?

Przypomnijmy sobie jak Napoleon "przysłużył" się Polsce.

Czy Anglicy lub Francuzi wysłali chociaż jeden samolot we wrześniu 1939 roku aby przyjść z pomocą Polsce?

Po konferencji w Teheranie i Jałcie, kiedy polscy piloci i żołnierze umierali za Anglię, Churchill podzielił Europę i całą jej wschodnią część oddał Stalinowi. W przeciwieństwie do jakiejkolwiek umowy nawet nie wspomniał o Polsce na żadnej z konferencji. Jego rząd nie pozwolił polskim żołnierzom na wzięcie udziału w Paradzie zwycięstwa.

Jeśli cokolwiek powinno zaistnieć w charakterze i psychice polskich polityków i Polaków, to fakt, że nigdy nie powinno się mieć dobrej nadziei na gwarancje umowy spisanej na kawałku papieru powszechnie znanym jako "traktat o pomocy" dla Polski.

I jeszcze jedna uwaga obywatela USA, którym jestem; nigdy w naszej historii USA nie przyszły Polsce z jakąkolwiek efektywną, fizyczną pomocą. Jedynie znana jest pomoc prezydenta Woodrowa Wilsona z jego 13 punktami i cherlawa pomoc Hoovera podczas I Wojny Światowej.

Przecieki z Wikileaks również udowadniają tę smutną prawdę, że Polska NIE JEST partnerem w stosunkach z USA i nigdy nie będzie. Polska może być jedynie petentem. Stany Zjednoczone nie wiążą z Polską jakichkolwiek poważnych planów partnerstwa. Co więcej,dla Zachodu Polska była, jest i będzie kością w gardle. Niewygodnym jak szpilka w dupie.
I tutaj, moim zdaniem, Polska ma szansę rozegrać dobrą partię aby wygrać z tymi, którzy kiedyś byli jej wrogami i tymi, którzy nimi są. Bo jak powiedział jeden mędrzec przyjaciół trzeba trzymać blisko siebie, ale wrogów należy trzymać jeszcze bliżej siebie.
Wiedząc, że w polityce nie ma przyjaciół, a "przyjaźnie" krajów to tylko kiepska bajka dla naiwniaków i braci Kaczyńskich oraz ich piesków od przytakiwania.

Tych kilka przykładów na temat USA udowadnia jak bezsensownie płonna jest nadzieja, że ten protestancki kraj kiedykolwiek pomoże komukolwiek, a tym bardziej Polsce.
I z przykrością stwierdzam, że Polska i Polacy są i będą zawsze pozostawieni sami sobie.

Ergo, Polska powinna działać energiczniej aby ustanowić możliwie najlepsze stosunki z każdym potencjalnym agresorem, takim choćby jak Rosja, a dopiero później szukać wsparcia innego państwa w jak najlepiej pojętej ofensywie dyplomatycznej.

Tego nie pojmuje żaden polski polityk z PiS, a dowodem na to było zachowanie Lecha i Jarosława Kaczyńskich wobec Niemiec i Rosji oraz gruzińskiej hucpy. Tej prostej prawdy, którą napisała historia nie rozumie również spora ilość Polaków, znając prze-romantyzowaną wersję historii własnego kraju.
A polityka i dyplomacja to nie sentymenty, ale inteligentna gra inteligentnych adwersarzy. Z tym, że w Polsce o tę inteligencję bardzo dzisiaj trudno.

poniedziałek, 13 grudnia 2010

Wcale nie rudy.

Zamieszkałem w środku Warszawy. No może nie aż tak w samym środku, ale blisko, bo 100m od mieszkania Prezydenta RP Komorowskiego. Jak to zwykle bywa, pod latarnią najciemniej, a więc w tej dzielnicy nie ma nic. Ani sklepów, ani nawet dojstępu do telewizji kablowej czy internetu. No cóż, w sumie chyba jest to jakimś symbolem Polski, która nie może się pochwalić ani szeroko pasmowyum internetem, ani szerokopasmowymi autostradami. Innymi słowy 200 lat za murzynami. I to dosłownie.
Ale ja nie o tym. To był tylko wstęp.
Otóż, ponieważ nie mam jeszcze dostępu do innej telewizji niż tę, którą zapewnia zwykła antena telewizyjna, zmuszony jestem korzystać z niej korzystać. To spowodowało, że nie mogąc oglądać CNN czy BBC News muszę oglądać TVP Info, TVP2 i tego rodzaju koszmary. Wczoraj wieczorem, po długich miesiącach nieoglądania programu Tomasza Lisa, zupełnym przypadkiem włączyłem TVP2 i oto był. Wzorzec narcyzmu nie tylko w Polsce. Heteroseksualny facet o ego najbardziej zakochanej w sobie drug queen. Koleś, który uważa, że ma monopol na prawdę. Facet tak zadufany w sobie, że nawet najbardziej zadufany w sobie ajatollah wygląda przy nim jak neptek. Innymi słowy, nie podoba mi się Tomasz Lis, bo przestał być dziennikarzem (czy kiedykolwiek nim był?), a zamienił się w lalkę Barbie.

A z innej beczki...Od 30 listopada czekam na naprawę dostawy Neostrady i telewizji satelitarnej przez TP SA. i nic. Te bydlaki reklamują swój serwis techniczny w reklamach telewizyjnych, a w rzeczywistości OLEWAJĄ klienta.
Biorąc pod uwagę fakt, że mają swoje korzenie w komunistycznej Polsce, nie można się dziwić, że nadal działają dokładnie tak samo jak działali w PRL.

Twarz prezesa. Ups...Prezesa.

Kiedy dzisiaj oglądałem w TVP Informacje, konferencję Jarosława Kaczyńskiego z okazji kolejnej rocznicy ogłoszenia stanu wojennego, doszedłem do wniosku, że Jarosław Kaczyński jest bardzo ciężko chory psychicznie i jest na dodatek psychopatą. Kiedy zakończył swoje przemówienie na temat Jaruzelskiego od którego, nota bene, wcale podczas stanu wojennego nie ucierpiał, bo go Kiszczak uznał za dupka niewartego zachodu akcji ZOMO-wców, prezes PiS starał się naświetlić sprawę ogólnie. No i wreszcie skończył. Dostał brawka od swoich piesków, a potem na mównicę obok wkroczył jakiś koleś, który kiedyś dostał pałą i zwrócił się do Kaczyńskiego per. "panie premierze" kadząc mu ile mógł. Jarosław Kaczyński stał na mównicy jak posąg, bez żadnego wyrazu na twarzy, który mógłby określić jego stan emocjonalny. W tej twarzy NIE BYŁO NIC. Pustka. Wtedy zdałem sobie sprawę, że Jarosławowi Kaczyńskiemu potrzebne jest jak najszybciej konsylium profesorów psychiatrii. Ten człowiek jest niebezpieczny dla Polski. Powinien zostać ubezwłasnowolniony i zamknięty w zakładzie psychiatrycznym.

niedziela, 12 grudnia 2010

Gnojówka? Nie, to obraza dla gnojówki.

Coraz bardziej przekonuje się, że zrobiłem gigantyczny błąd wracając o tej śmierdzącej gnojówki zwanej Polską. Poczekam aż Matti skończy studia i wypierdalamy stąd z powrotem do USA. Jeśli oczywiście wcześniej nie trafi mnie szlag na to gów...no jakie tworzą tutaj ci polscy nieudacznicy.
Że też ja zapomniałem o tym, iż Polską rządzili, rządzą i będą rządzić podludzie i pomyślałem sobie, że warto będzie wrócić i się temu przyjrzeć i może uda mi się to polubić.
No nie, kurwa, byłem idiotą! Tego się polubić nie da.
Chuj ze mnie, że zdecydowałem zadać sobie taki ból. Całe szczęście, że mam w kieszeni amerykański paszport i nie muszę się nikogo o nic prosić. No i mam moje kochanie, które także zabiorę z tej gnojówki aby nie musiał się w tym polskim gównie męczyć.

Co więcej niż KURWA?

Od 30 listopada czekam na uruchomienie usługi TP SA, internet + telewizja. Bez skutku. Rozmowy telefoniczne docierają jedynie do debilnych telefonistów i telefonistek, którzy mają w dupie cały problem.
Jeszcze nigdy, od czasu kiedy mam internet i telewizje kablową, a więc od około 20 lat internet i kablówkę od lat 30, nie spotkałem się z czymś takim jak TP SA. Nie jest to kuriozalne, ale KRYMINALNE WYDARZENIE. W środku Warszawy 100 m od mieszkania Bronisława Komorowskiego nie ma infrastruktury gotowej na zamontowanie internetu. To nie jest winą żadnego z providerów czyli Aster czy UPC,. ale wina byłych ubeków, którzy zamieszkują budynek, w którym wynajmuję mieszkanie. Owi ubecy, bo to jest dzielnica, w której za czasów komuny mieszkali ubecy i reszta bandytów z PRL. Oni nie chcą w tym budynku ani Aster, ani UPC. Zastanawiam się czy jest jakieś prawo aby można było poprosić Aster i UPC o zamontowanie swojego oprzyrządowania, które umożliwi odbieranie internetu i telewizji w sposób cywilizowany?
Po jasnego chuja, po prawie 30 latach srania na Polskę coś mnie podkusiło aby wrócić do tej śmierdzącej gnojówki, w której mieszkają sami podludzie i nieudacznicy?

Ad hoc. Czyli, to właśnie przyszło mi do głowy.

Reklamy w polskiej telewizji mają się tak do rzeczywistości panującej w tym kraju, jak ksiądz rzymskokatolicki do wychowania seksualnego...

Miesiączka Prezesa.

Od chwili kiedy ukazał się na scenie politycznej Polski pojawiły się wątpliwości kim jako człowiek jest ten niedostatecznie wyrosły, otyły facet z obrzydliwą manierą mlaskania i cedzenia słów, które w jego ustach brzmią niebywale sztucznie.
No bo tak. Kiedy wypłynął, wraz z bratem, przy boku Wałęsy, nikt w sumie nie wiedział o co chodzi. Facet po czterdziestce i żadnej baby obok, oprócz mamusi. I w ogóle jakiś dziwny. Zapiekły i wciąż zły. Każdy Polak go zna, a więc wie o kim piszę. Od kilku lat podejrzewany jest o homoseksualizm. Nie, że coś w tym złego, problem polega na tym, że nie ma wystarczająco dużo siły aby wreszcie powiedzieć kim naprawdę jest.
Wiem, ktoś powie, że to jego osobista sprawa. Nooo nie. Nie do końca tak osobista, bo jako polityk, osoba publiczna, powinien wyjawić wszystko o sobie co może interesować społeczeństwo. A to kogo preferuje jako partnera życiowego, jest dla mnie i wielu innych, dosyć istotne. Geje węszą tutaj zachowanie tchórzliwe Jarosława, który boi się przyznać, że woli facetów. Tak jak jego pupilek, tchórz i szuja, Zbigniew Ziobro.

Od chwili kiedy jest Prezesem swojej kato-narodowo-socjalistycznej partii nie pozostawia nikomu żadnych wątpliwości kim chce być.
Furherem, to chyba oczywiste. A 10 kwietnia 2010 roku los rzucił w jego stronę ciężar, który ocenił jako do udźwignięcia i zdał sobie sprawę, że wykorzystanie tej kuli nieszczęścia pozwoli mu dopchać się na szczyt. Ponownie.

No i od 8 miesięcy mamy w Polsce miesiączkę Prezesa, który politycznie nie tylko nie zmienił podejścia do rzeczywistości, ale świadomie, lub nie, stracił jej poczucie wydalając z siebie raz na miesiąc obrzydliwie cuchnące już zwłoki swojego tragicznie zmarłego brata i bratowej kiedy w towarzystwie orszaku jego piesków-przytakiwaczy pojawia się, całkowicie wbrew logice, nie pod Smoleńskiem, ale pod Pałacem Prezydenta RP na Krakowskim Przedmieściu, przed którym stoi pomnik mojego przodka i składa tam wieniec.
Nie wiem dlaczego zgadza się na to administracja Stolicy? Nie wiem dlaczego ta hałastra idiotów składa wieniec właśnie tam? A przecież Pałac Lubomirskich nie był własnością tragicznie zmarłego pierwszego kurdupla, ale jest własnością państwa.

Miesiączka Prezesa stała się więc regularnym wydarzeniem z cyklu, Cyrku ciąg dalszy i wkurwia mnie i nie tylko mnie.
Nie ma bowiem w Polsce żadnego polityka będącego przy władzy aby zabronić tego rodzaju kretyństwa. Kretyństwa tego samego rodzaju jak drugi grób Kaczyńskich (PUSTY) na Powązkach, który to ustawił sobie sam Prezes aby nie musieć jechać do Krakowa na Wawel.
Przypadek to godny całego konsylium ekspertów od psychiatrii.
Miesiączkę Prezesa należy zahamować, bo wykrwawi się biedak na amen.