Dyskutowałem dzisiaj z kolegą, który stwierdził, że Apokalipsa roku 2012 objawi się gigantycznym kryzysem finansowym i ogromnym wzrostem cen ropy naftowej, które dosłownie uziemią globalną społeczność przykuwając ją do ich siedlisk. Wówczas pojawi się całkowita kontrola władzy nad obywatelami i pozostaną jedynie podsłuchiwane telefony i podsłuchiwany Internet.
Rzeczywiście wizja bardzo depresyjna. Nie zgadzam się z nią i przyszłość widzę inaczej.
Wiadomo mnie i wielu innym, że kryzysy finansowe wywołuje się sztucznie w celu nabicia kiesy bankierom i wielkim korporacjom. Na wielkim kryzysie traci middle class i biedota, a akcjonariusze banków i wielkich korporacji bogacą się niepomiernie.
Ropą będzie się spekulować z krajów arabskich w porozumieniu z USA i robić sztuczne kryzysy paliwowe aby zarobić na tym ile się da.
Zawiodłem się na Obamie bowiem, głosując na niego, miałem nadzieję, że nie będzie on typowym "oreo". Niestety okazał się dobrze pasującą częścią do machiny białego waszyngtońskiego establishmentu.
W sumie powinienem się tego spodziewać, bo przecież neokonserwatyści, od co najmniej 10 lat, opanowali Waszyngton i to oni dyktowali i nadal dyktują kurs polityki USA. Stąd przedłużająca się wojna w Iraku, której USA celowo nie chce zbyt szybko wygrać.
Mimo to przypuszczam, że najbliższym czasie w USA nie nastąpi nic szczególnego. Nie będzie gorzej niż zaraz po 9/11 kiedy to wszelkie gwarancje konstytucyjne praw obywatelskich zostały właściwie zawieszone. Zwykły obywatel, taki jak ja i inni, nie odczuliśmy tego specjalnie. Życie toczyło się normalnie.
Jedynie poza oczami obywateli USA Bush i Cheney kradli ropę w Iraku i wywozili całe miliardy baryłek przy pomocy tzw. private contractors.
Ale dostawy ropy do USA nigdy nie zostaną przerwane, a decydenci nie pozwolą ropie zdrożeć tak aby przeciętny obywatel USA nie był w stanie napełnić baku swojego samochodu by mógł jechać na wakacje czy do pracy albo kupić bilet na samolot by polecieć z LA do NYC.
Dzisiaj wstrząsy nie są dobre dla administracji w Waszyngtonie, a tym bardziej dla US Congress.
Jeśli coś w rodzaju wizji mojego kolegi, roku 2012 dotknie kogokolwiek to Europę, która jest dużo bardziej sztywna i zbiurokratyzowana.
Amerykanie nie pozwolą sobie na to.
Dowodów na to jest wiele, a i trzeba znać Amerykanów tzw. everage Joe aby wiedzieć, że są pewne granice, których żaden rząd USA nie może przekroczyć. Amerykanie są uczuleni na ograniczanie im praw obywatelskich bez wyraźnego powodu.
Przekonał się o tym prezydent Johnson i prezydent Nixon.
Z drugiej strony nie można zapomnieć o roli Chin na rynkach finansowych i ich zależność od USA bez względu na to, że to Chińczycy posiadają największe rezerwy dolara na świecie poza USA.
Paradoksalnie, nie są w stanie z nimi nic zrobić, bo USA są im potrzebne jak woda rybie.
Wracając do praw obywatelskich. Oczywiście, że każdy rząd zawsze chce je ograniczyć aby mieć najlepszą kontrolę nad tym co się w państwie dzieje, ale znowu...w USA to ot tak sobie nie przejdzie, ale pewnie przejdzie w Europie.
Ograniczenie praw obywatelskich w USA może być jedynie możliwe wtedy kiedy zaistnieje tzw. "clear and present danger." Cos na kształt DEFCON 1, który może być oczywiście sprokurowany od wewnątrz. Coś na kształt tego z "Wag the dog." Ale to także może być trudniejsze do wykonania niż się wydaje. Po kompormitacji irackiej w ONZ i ujawnieniu kłamstw administracji Busha opinia publiczna jest wyczulona na wszelkiego rodzaju "oczywistości" Waszyngtonu.
Mimo to wszystko jest możliwe w świecie globalizacji, który paradoksalnie staje się bardziej podzielony niż był przed jej ogłoszeniem. Jednak wojna z obywatelami nie wydaje się być najlepszym wyjściem dla klasy rządzącej. Osłabienie klasy średniej która jest kręgosłupem sukcesu USA byłoby dla Waszyngtonu i banków samobójstwem.
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz