środa, 22 grudnia 2010

Dzień w którym...

No właśnie. Ten feralny Dzień który, jak mówią słowa piosenki, "się pamięta od kołyski." I to jest cholerna prawda, że się pamięta. Ja, od kilkudziesięciu lat, a co najmniej od 25, staram się zapomnieć o tym dniu i kilku innych mu towarzyszących.

Od dziecka wbijano mi do głowy, że to specjalny dzień z powodu narodzin "Boga żywego" o imieniu Jezus. Oczywiście uwierzyłem, no bo jeśli ma się dwa lata i wierzy się w św. Mikołaja, to dlaczego ma się nie wierzyć w Jezusika i Stajenkę?
I może wszystko nie byłoby takie pojebane, gdyby od dziecka nie robiono nam wody z mózgu, wmawiając nam, że Jezusik był Polakiem. No tak. Tak nam wmawiali.
A zaczęło się od jasełek i kolęd. Jako szczenię lat 5, 6 i 7, a nawet 8 byłem wleczony razy kilka na "Jasełka". Przedstawienie było dla mnie, jak zawsze, misterium czarodziejskim toteż z całkowitym namaszczeniem przyjmowałem każde słowo wypowiedziane ze sceny.
A z tej sceny leciały teksty z ust górali, że idą do stajenki, że niosą mu jakieś prezenty. Swoim małym mózgiem kilkulatka nie mogłem pojąć jak to można było iść w zaśnieżoną zimę z owcami do jakiejś stajenki? Jak daleko ona była?
A co gorsza wyglądało na to, że Jezus jest góralem i do tego Betlejem jest w Polsce. Miałem całkowity mętlik w głowie, ale nie zdradziłem się z nim do nikogo. Nawet do babci.
Taki melanż bzdur nosiłem w swojej łepetynie przez dobrych kilka lat. Chyba jakoś tak w wieku 10 lat zdałem sobie sprawę, że ten cały św. Mikołaj to bzdura. Mój stryj, będący wówczas 18 latkiem z mózgiem orangutana, uświadomił nam, siostrze i mnie, że św. Mikołaj to bzdura. Nie przypominam sobie abyśmy przeżyli jakąś traumę z tego powodu. Przypominam sobie natomiast, że wówczas zacząłem myśleć logicznie. No bo skoro św. Mikołaj to bzdura, dlaczego opowieść o Jezusiku-Polaku, któremu górale niosą prezenty i prowadzą do niego owce, maiłaby być prawdą?
I tak po nitce do kłębka doszedłem do sedna bajki.
W wieku 13/14 lat zacząłem sobie zadawać niewygodne pytania, których w wieku 8 lat nie mogłem zadać bojąc się ognia piekielnego, którym straszył nas klecha uczący religii przed przystąpieniem do Pierwszej Komunii. Ale już mając lat 14 zdałem sobie sprawę, że ta cała historyjka o Jezusie, Maryi i reszcie, jest stworzona po to aby nas ogłupiać. I od tamtego czasu odwróciłem się dupą od kleru i kościoła. I tak mi do dzisiaj zostało.

Dzień, który pamięta się od kołyski stał się bardziej ludzki. Wskazujący na słabość ludzkiego rodu, który dał się nabrać na bajeczkę i zaakceptował ją bezkrytycznie podnosząc ją do rangi najprawdziwszej prawdy, za którą warto umrzeć. Co czyniono z chęcią od wielu stuleci i nadal się tak czyni, chociaż tym razem wzywając imię innego bożka będącego bliskim krewnym Jezuska i reszty.
Dzień ten do dawna śmierdział mi fałszem.
Fałszem zakładania maski w sposób tak jawny i niezgrabny, że skręcić to może każdego sensownego człowieka od środka do zewnątrz.

Bo oto rodzina drąca ze sobą koty 364 dni w roku, tego dnia udaje, że się kocha i siada do wieczerzy życząc sobie, nieprawdziwie, tego czego nie życzy sobie przez resztę roku. Daje sobie jakieś prezenty aby na drugi dzień znów, po staremu, zacząć drzeć ze sobą koty kłócąc się o byle co.
Nie twierdzę, że jest tak w każdej rodzinie, ale z mojego życiowego doświadczenia wynika, że tak się dzieje w większości rodzin. W mojej także się tak działo. Ale już się nie dzieje, bo w sumie, prawie wszyscy, którzy za mojego dzieciństwa byli esencją Świąt i je tworzyli, a więc babcia, dziadek, ojciec, już nie żyją. Nie mam więc rodziny sensu stricto. Sam swojej też nie mam, bo homoseksualiści rodzin zwykle nie mają. Ale jest jakiś jej szczątek w postaci mojej 81 letniej matki i siostry bliźniaczki. Z tym, że to jest bardziej jakiś luźny twór przypominający sobie dwa razy do roku, że istniejemy i łączą nas jakieś więzy krwi.
I dobrze. W końcu każdy z nas ma swoje własne życie. A ja na dodatek, odszczepieniec i homoseksualista. Tolerowany, ale nigdy nie zaakceptowany prze resztę bliższej i dalszej rodziny. Moją rodziną jest od półtora roku mój ukochany partner Mateusza, młodszy ode mnie o 39 lat, którego rodzina traktuje tak samo jak mnie traktuje moja.
Nie rozpaczamy nad swoim losem. Mamy siebie i świat nas może pocałować w dupę.
Tak naprawdę gdzieś mam te wszystkie pozory, które od wieków wbudowano w świadomość szarych i mniej szarych ludzi, którzy dostają amoku na miesiąc przed zbliżającą się datą przesilenia zimowego.

Może mój Mateusz, ma przecież 20 lat, nosi w pamięci swoje wspomnienia tych dni, które były dla Niego bardziej lub mniej magiczne i wspomina je z jakimś sentymentem?
Ja, szczerze powiedziawszy z rozrzewnieniem wspominam tamte czasy kiedy jako mały szkrab doświadczałem gwałtu intelektualnego na mojej małej osobie będąc znieczulany łakociami, tonami zabawek, potem książek i innych anestetyków tak abym zapomniał o tym, że bujda jest bujdą, a biorący w niej udział ludzie, mają nasrane w głowach.

I co teraz? Tak, idziemy z Mateuszem na Wigilię do mojej siostry. Matki nie będzie. Nie może się pogodzić z tym, że Mateusz i ja jesteśmy razem. Ale to jej problem.
Oczywiście robię to tylko dla swojej siostry i może po trosze dla Mateusza, chociaż wiem, że On kocha mnie bezgranicznie, bezkrytycznie i zrobi wszystko to co ja mu powiem. No więc idziemy do mojej Siostry, bo jej jakoś ten zwyczaj pozostał w głowie i wyjść z niej nie może inaczej jak tylko w postaci wszelkiej maści dań i potraw, które przygotowuje siedząc godzinami w kuchni.
Może to u niej jest sposób na odreagowanie tego co naprawdę o tym myśli i zgodnie z zasadą "if you build it they will come" wierzy, że coś jeszcze ma szansę wrócić. Coś z tamtych lat dziecinnej wiary w bezinteresowne dobro.
Ja już nie wierzę i widzę, że mój ukochany Mateusz także zaczyna egzaminować ten Dzień i następne jemu towarzyszące.
Innymi słowy...nie lubimy tych dni, a z rodziną najlepiej wychodzi się na zdjęciu. I to też nie zawsze.

I nie plećmy o jakimś szacunku, który ma się wziąć tylko z faktu, że tak ma być.
Nie. Tak nigdy już nie będzie odkąd zrozumiałem, że na szacunek trzeba sobie zasłużyć, a życie rodzinne nie jest i nigdy nie będzie dla mnie ani dyplomacją ani ćwiczeniem na udawanie amnezji. Bo albo jest miłość, albo dyplomacja. Te dwie sprawy wykluczają się bezwzględnie. Ponieważ nie byłem, nie jestem i nie chcę być dyplomatą "ten Dzień" wali mnie dokumentnie. Czego i Wam serdecznie życzę.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz